Stocznia SA – odc. 13

Poniedziałek wieczór (27 sierpnia 2018r.) to czas postu stoczniowego. Staramy się co tydzień napisać, co słychać u naszych stoczniowych podopiecznych. Dziś zabrakło już mocy wolo, która jeździ na stocznię. Poprosiła o zastępstwo. Nie byłam tam w zeszłym tygodniu, nie będzie sprawozdania. Za to – w kontekście totalnego braku sił wolontariuszki karmiącej stado stoczniowe – przypomniał mi się post, który kilka lat temu pisałam o stoczni. Tekst, po bardzo drobnej korekcie, poniżej. Aktualny. Jak diabli. Monika S.

……………………..……………………....

„Na stocznię” jeżdżę rzadko, jako dodatkowy wolontariusz, nie należę do ekipy, która opiekuje się stadami systematycznie. Karmienie nie jest dla mnie „rutyną”. Jakie mam refleksje?

Pracy „na stoczni” nie zrozumie nikt, kto tam nie był. Piszemy tu o liczbie karmników, dziesiątkach kilogramów karmy, która potrzebna jest co miesiąc. Mówimy o wciąż za małej ilości rąk do pracy. Wolontariatu „na stoczni” nie da się opisać, to trzeba poczuć.

To ciężka harówa. Minus 20, plus 30 – nie ma zmiłuj się, koty są głodne. Skostniałe paluchy albo pot na czole. Większość karmiących „na stoczni” to dziewczyny. Do dźwigania 10-15kilogramowe wory z karmą, które trzeba zapakować, ciężkie zgrzewki puszek i torby pełne butelek z wodą. Karmniki osłonięte są ciężkimi paletami i blachą, żeby do jedzenia nie dostały się mewy. Wszystkie te konstrukcje trzeba najpierw rozbroić, a potem ustawić na nowo.

To też praca obciążająca psychicznie. Dla wolontariuszy, którzy jeżdżą tam regularnie to nie jest 150 (wraz z pobliskim stadem portowym 200) bezimiennych kotów. To Ruda, Mama Stoczniowa, Bajka… Ja byłam „na stoczni” kilka razy, oni patrzą regularnie na 200 znanych im kocich bied, które głodne biegną do miski. To często przytłaczające. Tamten chory, ten znowu kuleje. Ktoś inny nie pojawia się trzeci dzień na karmieniu, dlaczego? Kotka w wysokiej ciąży nie chce wejść do klatki łapki, co będzie, jak urodzi w kanale i wyprowadzi maluchy, kiedy będą już w fatalnym stanie? Będzie trzeba zabrać kolejne kociaki bez oczu. Do tego ktoś znowu wyrzucił oswojonego kota w myśl filozofii „poradzi sobie”.

Może macie wrażenie, że opowiadam Wam tu jakąś rzewną historię, nie wiem. Wiem tylko tyle – dopóki nie pojechałam w to miejsce, nie wiedziałam, o czym mówię. Wyobraźnia to za mało, żeby zdać sobie sprawę, jakim wysiłkiem jest „karmienie stoczni”.

Każdy wyleczony,wysterylizowany, wyadoptowany kot to mnóstwo satysfakcji, to mali stoczniowi bohaterowie pojawiający się w naszych ogłoszeniach. To te piękne chwile. Ich też jest niemało. O nich często piszemy. Teraz mówimy o tym, czego nie widać.

W imieniu swoim i pozostałych wolontariuszy proszę, doceńcie wysiłek tych, którzy od 9 lat, kilka razy w tygodniu, dają z siebie bardzo wiele. Chcą to robić dalej. Nie ma wystarczających wpłat i darowizn. Dorzućcie cegiełkę dla kotów stoczniowych, dokonując przelewu.

Dane do wpłat:
Pomorski Koci Dom Tymczasowy
Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt Viva
ul. Kawęczyńska 16/39
03-772 Warszawa
nr konta: 12 2030 0045 1110 0000 0255 8070 (BGŻ)
SWIFT potrzebny dla przelewów zagranicznych: GOPZPLPW
PayPal: pkdt.biuro@gmail.com
DOPISEK: koty stoczniowe

 

Comments are closed.