Miał nie żyć. Uderzony łopatą uciekł I padł kilkanaście metrów dalej.

Znalazłam go na poboczu w krzakach, łaziły już po nim muchy, nie ruszał się. Chudy do granic, sierść powyrywana, duża rana na szyi, mniejsze na całym ciele, głowa nienaturalnie przechylona, ślepy, niesłyszący, umierający, dziki… Takiego go poznałam, takiego go zabrałam z ulicy do weterynarza. Tam się jeszcze okazało, że ma wielką nadżerke na języku. Samiec, niekastrowany może stary, może strasznie wyniszczony… Minęły dwa tygodnie leczenia i rekonwalescencji Bogdana, tak go nazwałam. Okazało się, że Boguś nie jest dziki… chcę, być glaskany, uwielbia jeść i trochę widzi i słyszy. Łasi się nawet do psa. Niestety nigdy nie będzie na tyle silny i sprawny, żeby go wypuścić na wolność, poza tym on umie zachować się w domu i dobrze się tam czuje. Zostanie wykastrowany, ponownie przebadany i bedzie potrzebował domu, spokojnego bez małych dzieci. Kot niewymagający, który wiele w życiu wycierpiał, a nadal pragnie być blisko człowieka. Czy ktoś może pomóc i dać mu dom? Na ulicy sobie nie poradzi… Bardzo proszę w jego imieniu.

Comments are closed.