Dom tymczasowy Monika S.

Lokalizacja: Wejherowo
O mnie: Do PKDT przyłączyłam się w  2011 roku. Zaczęło się od budowania kocich budek, o które poprosiła zaprzyjaźniona starsza pani, skończyło na kilkuletnim wolontariacie. Pomaganie pochłonęło mój wolny czas. Towarzyszy temu zmęczenie, ale również ogrom satysfakcji. Każdy uratowany zwierzak, każde zdjęcie z nowego domu, każdy wyleczony dzikus – to mnóstwo radości. Walka o życie tych najczęściej niechcianych i chorych zwierząt czasami wydaje się walką z wiatrakami. To niekończąca się historia bezdomności. Nie da się pomóc wszystkim. Nie znaczy to jednak, że trzeba rozłożyć ręce, pogodzić się ze stanem rzeczy i nie pomagać w ogóle. Najczęsciej po opieką mam 10-20 tymczasów. Każdy z nich to pojedynczy kociak – ze swoją historią i bagażem doświadczeń, czasami przewlekłych chorób. Każdy z nich to uratowany jeden koci świat. Po kilku latach wolontariatu, kiedy wiem, że życie zwierzęcia, które staje na mojej drodze, zależy od tego, czy „mi się chce, czy nie chce”, nie potrafię przestać pomagać. Dla mnie to brak odpoczynku, brak snu, obciążenie odpowiedzialnością za tyle zwierząt, dla nich to życie. Warto. 

Na zdjęciu Kitos. Jeden z najbardziej bliskich mi podopiecznych. I choć nie ma go już z nami, chciałam, żeby własnie jego zdjęcie się tu znalazło. Trafił do mnie jako dwunastolatek, cierpiał na przewlekłą niewydolność nerek, był kotem fiv + . Odzywała się też trzustka, problemy skórne. Mimo to udało mu się znaleźć wspaniały dom na ostatnie miesiące życia. Nie odszedł na ulicy. Na chodniku, pod kościołem. Stamtąd zabrałam go w ciężkim stanie. „Opiekunów” nie obchodziło, że umiera w cierpieniach za płotem. Przyjechał ze mną do trójmiasta. Bałam się, że nikt go nie zechce. Znalazł cudowny, najbardziej troskliwy dom, jak znam. Spędził piękne chwile u boku kochających i opiekuńczych ludzi. Na kolanach, w łóżku, z pełną opieką medyczną. Zdążył być szczęśliwy. Zapamiętam go na zawsze.

Comments are closed.